Szlachetni państwo!
Link 15.03.2007 :: 17:25 komentuj (2)
Blog założony został z nadzieją, że będę mógł się czymś podzielić ze światem, ale dopiero po fakcie zauważyłem, że nie bardzo jest się czym dzielić. To znaczy, mam bardzo bogate życie umysłowe, i tak dalej, ale czego bym nie wymyślił, wydaje się oczywiste.
Więc jeśli o niusy chodzi, to tak:
1)pojutrze WSK
2)co oznacza premierę zina Kolektyw.
I w teorii nic, tylko się cieszyć, ale są pewne istotne wady. Najważniejszą jest niewątpliwie obecność LUDZI. Nieważne jakich ludzi, ważne że będzie ich dużo - a to oznacza tłok i hałas w którym czuję się niczym jajko w zajebiście dużej maszynie do niszczenia jajek. Jedyne co może zniwelować tę wadę, a raczej umniejszyć moje cierpienia jest piwo. Piwo ma być, ale...
...po warszawskich cenach! A to oznacza pierdolone pół litra za 7 złotych! Za takie pieniądze to ja mogę kupić pół księstwa (takiego małego)! Więc to kolejna wada.
By powiedzieć Wam, jaka jest ta trzecia wada, muszę przytoczyć pewną historię. Dawno, dawno temu, Dem czytał tylko Kaczory Donaldy i Komiksy Giganty, więc teraz chuja wie o komiksie. Koniec historii. I na tym całym spotkaniu będą jakieś śledzie, jakieś liberanty, a ja ni cholery nie wiem, co to za jedni! A już najlepszy jest ten Gaiman. Napisał jakiegoś Piaskoludzika i myśli, że każdy będzie wiedział, kim on jest. Ja oglądałem tylko Mirrormask w którym maczał palce.
I nie będę brał autografu od nikogo, kto nie nazywa się Don Rosa (oraz Walt Disney i Carl Barks, ale oni leżą już parę metrów pod ziemią). I nikomu nie dam. Autograf to bzdura, za dużo problemów z tym proszeniem i podstawianiem karteczki. A już samemu dawać autograf? Czy jest ktoś na tyle nisko się ceniący, by prosić prostego Mrągowianina (such as meself) o autograf? Jeśli tak, to nie chcę z nim mieć do czynienia. Jakiś nienormalny.
Więc podsumowując, nie mogę się kurwa doczekać.
Dem
UPDATE: PO WPIS NT. TEGO, O CZYM TAK NAPRAWDĘ JEST TEN BLOG ZAPRASZAM TU: http://dem.ownlog.com/Powrot-i-nowy-kierunek,1196256,komentarze.html
WSK
Link 18.03.2007 :: 22:45 komentuj (3)
Przed przed
Godzina 6:30 rano, wsiadam leniwie do autobusu.
Godzina 6:50 rano, wysiadam leniwie z autobusu.
I to było najbardziej chujowe 20 minut tego dnia.
Przed
Bo parę minut później cała chujowość uciekła gdzie pieprz rośnie, widząc nadchodzących JT i Koko (nie to, że jacyś brzydcy, po prostu chujowość nie lubi Wrocławia). Gadaliśmy do godziny ósmej na stacji, i to była najlepsza godzina dnia. Spokojna rozmowa na tematy komiksowe i okołokomiksowe, cicha, przyjemna, z jajem. Tak jak lubię.
O 8 pojawił się nieśmiało Bele i był bardzo nieśmiały jeszcze przez jakieś 5 minut, bo wtedy się zaczął rozkręcać. Bardzo towarzyski człowiek. Potem pojawił się Godai z wyczarowanym towarem, znaczy 1120 stronicami "kolektywu", naszego zina komiksowego. Ostatetcznie blablabla zebrała się reszta + nadworny tragarz Dodgers na końcu (z uwagi na jego wysiłek warty wymienienia jego ksywy w notce). W barku, gdzie posilał się Godai, po raz pierwszy zmuszono mnie do wpisywania autografów. Ale jako, że w głębi duszy nie uznałem ich za autografy, tak naprawdę są chuja warte. Przed dotarciem na WSK, nie odnotowano już nic wartego zanotowania. Najwyżej to, że na przystanku tramwajowym widzieliśmy Lachowicza, którego jednak wraz z JT uznaliśmy za oszusta, bo nie wytwarzał wokół siebie jasnej aury.
Na
Całość imprezy rozłożono na dwa budynki, odpowiednio ogrzewane i oddalone od siebie, żeby każdy przechodząc z jednego do drugiego mógł się solidnie przeziębić. Budynki różnią się tym, że w pierwszym spotkać się można było z pojebem w stroju jeża, a w drugim nie (no i w tym pierwszym można było dostać jeszcze autografy śledzi i gaimanów). Rzecz jasna zdrowy rozsądek podpowiedział nam, że powinniśmy iść w najciaśniejszy kąt na samym końcu najtłoczniejszego korytarza w tym gorętszym budynku, i tam stworzyć sobie bazę (nie mam pojęcia, czyj to był zdrowy rozsądek, ale był wyjątkowo niedrowym zdrowym rozsądkiem). Tamże zmuszono mnie do napisania kolejnych kilku oszukanych autografów. Później piwko w barku i kuchnia chińska (stolik drugi, czyli team złożony z siostry N, JT, mcowca i Jansona), czyli przepyszny kurczak 5 smaków o jednym smaku, obłożony jakimś śmierdzącym gównem, o którym babcia mi powiedziała później, że to z Hiszpanii. Ci ludzie w Hiszpanii są biedni :\.
Ale, jako, że to MÓJ blog, teraz powiem coś o mnie. Na początku tejże imprezki byłem pełen życia, później jednak zacząłem się jak zwykle czuć zagubiony i przytłoczony ilością ludzi. Ze wszystkimi można wymienić było jedno lub dwa zdania, bo każdy gdzieś szedł i coś chciał zrobić. Dlatego wolałem "przed" od "na" naszego spotkania, może nie licząc tych dwóch piwek w barku, kiedy można było pogadać i posłuchać każdego na luzie. Wolę gadać z paroma (dwoma, trzema) osobami przez jakiś czas (jak na dworcu z JT i Koko), a nie ugryźć każdego z brzegu, nie wiedząc właściwie z kim o czym rozmawiam. Więc później rozmowy wyglądały tak, że coś ktoś do mnie mówił, a ja odpowiadałem "e?", "hę?" albo "y?", ewentualnie potakiwałem z uśmiechem, jeśli rozmówca się też uśmiechał.
Po
Ostatecznie opchnęliśmy sporo towaru, niektórzy posłuchaliśmy Gaimana (fajny kolo, tylko tłumacz obsysał siusiaka. Swoją drogą ciekawe, co myślał Gaiman, bo podczas, gdy on mówił coś po angielsku cała sala się śmiała (bo to było śmieszne), a gdy tłumaczył tłumacz, uśmiechał się tylko on sam), a Koko nawet dostał autograf tego gościa, przy czym był już chyba tylko Dodgers, a może i on już nie. Splądrowaliśmy okoliczne kartony przed wyjściem jeszcze. Ja już się właściwie więcej nie odzywałem, bo byłem psychicznie wykończony (łatwo mnie tłum wykańcza). Ogólnie jednak zakończenie wypadło najgorzej. Każdy poszedł jak chciał, bez pożegnania, w rozsypce, komuś się spieszyło, ktoś miał z kimś jechać, a nie pojechał. Koko nawet zgubił pierdoloną kurtkę i czuł się z tym zajebiście dobrze, bo wiedział, że będzie mógł się ogrzać autografem Gaimana.
Ogólnie na przyszłość trza znaleźć porządnego fuhrera, który będzie tawaricho w ryzach trzymał.
Popo
Podsumowując, było fajnie, a jedyną osobą, którą mogę winić, że mi się coś nie podobało, jestem ja sam, jako bestia aspołeczna. Do zobaczenia na spotkaniu w Łodzi.
Richard Adams i Martin Rosen
Link 19.03.2007 :: 22:48 komentuj (1)
Na początek krótkie wyjaśnienie, bo tu poniektórzy chcą mi próbować wmówić, że nie znam podstawowych słówek po angielsku. "Meself" to zapis "myself" z uwzględnieniem akcentu szkockiego, bo taki fajniej brzmi.
Ale notkę piszę nie po to, żeby tutaj się tłumaczyć i wyjaśniać, lecz by podzielić się wrażeniami związanymi z filmem The Plague Dogs będącym adaptacją filmową (animowaną) książki Richarda Adamsa pod tym samym tytułem (autor kojarzony najczęściej z "Watership Down" czyli w polskiej wersji "Wodnikowym Wzgórzem", o ile mnie pamięć nie myli), wykonaną przez Martina Rosena, nadzwyczaj nietypowego wizjonera (który stworzył wcześniej bardzo odważną adaptację tegoż Watership Down. Odwaga polegała na połączeniu dziecięcej baśniowości z niezwykłą jak na film animowany brutalnością (np. króliki zakopywane żywcem) i poczuciem zagrożenia).
The Plague Dogs jest kolejną adaptacją książki Adamsa, wykonaną w podobnym stylu. Książki tegoż nie czytałem żadnej, ale filmy Martina widziałem już oba. I oba posiadają niezwykły klimat związany ze wspomnianym już przeze mnie uczuciem zagrożenia. Widz wiedział, że w filmie żaden bohater nie jest nieśmiertelny, i każde niebezpieczeństwo jest jak najbardziej realne. Oba filmy mają również podobne wykonanie - bardzo ładnie malowane tła i rysunkowe postacie. Zwłaszcza zwierzęta robią niezwykłe wrażenie, gdyż w przeciwieństwie do tych z większości filmów animowanych, nie wyładniano ich, nie robiono wesołych piesków i widać było, że pies jest psem, a nie pieprzonym pluszakiem. Naturalizm jest wszechobecny (psy załatwiają potrzeby fizjologiczne, kierują się instynktem itd.), a sama historia to walka psów nie przystosowanych do życia na wolności z głodem, samotnością i człowiekiem.
Historia naprawdę mi się podobała, klimat zaszczucia pochłonął mnie, a zakończenie wzruszyło (nawet dla samego zakończenia warto obejrzeć ten film (tak, film - książka ma inny ending)!). Jedynym problemem może być to, że powstał w 1982 i nigdy nie zdobył popularności - więc możecie mieć problemy ze zdobyciem tego.
Ale jeśli kiedyś złapiecie Plague Dogs w łapy, to zalecam obejrzenie.
Kanałplus dwudziestego wieku...
Link 20.03.2007 :: 23:20 komentuj (3)
...czyli "Szczepan i Irenka". Serial serwowany pod koniec ubiegłego wieku jako "Deser" w Canal+, czyli zapchajdziura między programami, nie pojawiająca się nigdy w programie TV, więc trudna do złapania.
O serialu przypomniała mi pani Kasia, z którą miałem przyjemność siedzieć i rozmawiać w autobusie w drodze na WSK. PO powrocie do domu udało mi się wygrzebać parę odcinków. Naprawdę niezwykłe, że się odratowały i nie zaginęły. JT zauważył, że "rysował" ten twór Janek Kozioł, który siedzi także w komiksie wraz ze swoimi niezwykłymi bazgrołami.
Zainteresowanych poznaniem lub przypomnieniem sobie Szczepana i Irenki zapraszam na http://wrzutka.pl/szukaj/?qt=szczepan+i+irenka .
