Właśnie przegrałeś w Grę
Link 23.08.2007 :: 20:27 komentuj (0)
Zgadza się. I właśnie zaczynasz grać w Grę, jeśli jeszcze nie grasz. Jedynym celem jest o niej zapomnieć i nie przypominać jej sobie. Za każdym razem, gdy przypomnisz sobie o jej istnieniu - przegrywasz. I masz 30 minut by zapomnieć o niej ponownie. Celem gry jest wprowadzenie do niej całego świata.
Możesz wmawiać sobie, że to głupota i odrzucać Grę. Ale wiedz, że za każdym razem, gdy o niej znów usłyszysz, pomyślisz sobie mimowolnie "przegrałem".
Nadal pracuję nad napisami do ATHF i wrzucam odcinki na serwery. Możliwe, że jutro dostaniecie małą mega-aktualizację.
I jeszcze jedno: http://7secondmemory.co.uk/urpneys.mp3 War Song of the Urpneys z "Dreamstone'u" śpiewane przez Ozzy'ego Osbourne'a, Billy'ego Connolly'ego i Franka Bruno. Świetny klimat.
Wieża Doktora Zalosta
Link 18.08.2007 :: 13:47 komentuj (0)
Courage, the Cowardly Dog (Chojrak, Tchórzliwy Pies) skończył się na czwartym sezonie w roku 2002 (w Polsce chyba w połowie 2004), właściwie nie do końca ukończony. Brak finałowego odcinka pozostawiał ogromny niedosyt. Za taki możemy niby uważać "Ball of Revenge", w którym paru śmiertelnych wrogów Chojraka zbiera się, by go zniszczyć... w koszykówkę. Jednak nie był to ostatni stworzony odcinek, ani tym bardziej wyjaśniający cokolwiek.
Oczekiwałoby się po takim odcinku wielkiej intensywności i swojskiego kopa oraz koniecznie dwusegmentowości. Jednak te warunki spełnia jedynie The Tower of Dr. Zalost z sezonu drugiego, bezapelacyjnie najlepszy odcinek w ogóle stworzony. Zresztą tym razem postarałem się o coś dla Was. Możecie sobie ściągnąć ten odcinek (w marnej jakości, ale lepszej aktualnie nie mam). Nawet, jeśli nie łapiecie się w angielskim, warto wsłuchać się w kapitalną muzykę. Ten ep powinien mieć wydany pieprzony soundtrack, bo ostre chóry przy akompaniamencie armaty są przeboskie!
Otóż i link: http://www.demland.info/the_tower_of_dr_zalost.avi
Powrót i nowy kierunek!
Link 27.06.2007 :: 19:40 komentuj (0)
Wg. danych fachowców coś, co istnieje w mojej naturze nazywane jest profesjonalnie słomianym zapałem. Dziękujemy fachowcom za informację i przechodzimy do innych spraw.
Jak widać, blog dawno nie był aktualizowany. Po części wynika to z tego, że nie ustaliłem żadnego konkretnego kierunku dla swego internetowego pamiętnika. Więc trzeba go jakoś ukierunkować, żebym się znowu nie rozleniwił, a także żeby ludzie wiedzieli czego się spodziewać, wchodząc tu.
Kierunek jaki sobie obrałem ma bezpośredni związek z moją największą pasją: filmami i serialami animowanymi, zawsze oglądanymi wyłącznie w oryginalnej wersji językowej (OK, czasem biorę angielską zamiast oryginalnej, gdy jest inna). Kolejne notki będą głównie zawierać informacje na temat seriali wartych polecenia, krótkie recenzje lub też newsy, a także ewentualne linki oraz ciekawostki na temat animowanych tworów.
Mam nadzieję, że wszyscy na tym skorzystamy.
WSK
Link 18.03.2007 :: 22:45 komentuj (3)
Przed przed
Godzina 6:30 rano, wsiadam leniwie do autobusu.
Godzina 6:50 rano, wysiadam leniwie z autobusu.
I to było najbardziej chujowe 20 minut tego dnia.
Przed
Bo parę minut później cała chujowość uciekła gdzie pieprz rośnie, widząc nadchodzących JT i Koko (nie to, że jacyś brzydcy, po prostu chujowość nie lubi Wrocławia). Gadaliśmy do godziny ósmej na stacji, i to była najlepsza godzina dnia. Spokojna rozmowa na tematy komiksowe i okołokomiksowe, cicha, przyjemna, z jajem. Tak jak lubię.
O 8 pojawił się nieśmiało Bele i był bardzo nieśmiały jeszcze przez jakieś 5 minut, bo wtedy się zaczął rozkręcać. Bardzo towarzyski człowiek. Potem pojawił się Godai z wyczarowanym towarem, znaczy 1120 stronicami "kolektywu", naszego zina komiksowego. Ostatetcznie blablabla zebrała się reszta + nadworny tragarz Dodgers na końcu (z uwagi na jego wysiłek warty wymienienia jego ksywy w notce). W barku, gdzie posilał się Godai, po raz pierwszy zmuszono mnie do wpisywania autografów. Ale jako, że w głębi duszy nie uznałem ich za autografy, tak naprawdę są chuja warte. Przed dotarciem na WSK, nie odnotowano już nic wartego zanotowania. Najwyżej to, że na przystanku tramwajowym widzieliśmy Lachowicza, którego jednak wraz z JT uznaliśmy za oszusta, bo nie wytwarzał wokół siebie jasnej aury.
Na
Całość imprezy rozłożono na dwa budynki, odpowiednio ogrzewane i oddalone od siebie, żeby każdy przechodząc z jednego do drugiego mógł się solidnie przeziębić. Budynki różnią się tym, że w pierwszym spotkać się można było z pojebem w stroju jeża, a w drugim nie (no i w tym pierwszym można było dostać jeszcze autografy śledzi i gaimanów). Rzecz jasna zdrowy rozsądek podpowiedział nam, że powinniśmy iść w najciaśniejszy kąt na samym końcu najtłoczniejszego korytarza w tym gorętszym budynku, i tam stworzyć sobie bazę (nie mam pojęcia, czyj to był zdrowy rozsądek, ale był wyjątkowo niedrowym zdrowym rozsądkiem). Tamże zmuszono mnie do napisania kolejnych kilku oszukanych autografów. Później piwko w barku i kuchnia chińska (stolik drugi, czyli team złożony z siostry N, JT, mcowca i Jansona), czyli przepyszny kurczak 5 smaków o jednym smaku, obłożony jakimś śmierdzącym gównem, o którym babcia mi powiedziała później, że to z Hiszpanii. Ci ludzie w Hiszpanii są biedni :.
Ale, jako, że to MÓJ blog, teraz powiem coś o mnie. Na początku tejże imprezki byłem pełen życia, później jednak zacząłem się jak zwykle czuć zagubiony i przytłoczony ilością ludzi. Ze wszystkimi można wymienić było jedno lub dwa zdania, bo każdy gdzieś szedł i coś chciał zrobić. Dlatego wolałem "przed" od "na" naszego spotkania, może nie licząc tych dwóch piwek w barku, kiedy można było pogadać i posłuchać każdego na luzie. Wolę gadać z paroma (dwoma, trzema) osobami przez jakiś czas (jak na dworcu z JT i Koko), a nie ugryźć każdego z brzegu, nie wiedząc właściwie z kim o czym rozmawiam. Więc później rozmowy wyglądały tak, że coś ktoś do mnie mówił, a ja odpowiadałem "e?", "hę?" albo "y?", ewentualnie potakiwałem z uśmiechem, jeśli rozmówca się też uśmiechał.
Po
Ostatecznie opchnęliśmy sporo towaru, niektórzy posłuchaliśmy Gaimana (fajny kolo, tylko tłumacz obsysał siusiaka. Swoją drogą ciekawe, co myślał Gaiman, bo podczas, gdy on mówił coś po angielsku cała sala się śmiała (bo to było śmieszne), a gdy tłumaczył tłumacz, uśmiechał się tylko on sam), a Koko nawet dostał autograf tego gościa, przy czym był już chyba tylko Dodgers, a może i on już nie. Splądrowaliśmy okoliczne kartony przed wyjściem jeszcze. Ja już się właściwie więcej nie odzywałem, bo byłem psychicznie wykończony (łatwo mnie tłum wykańcza). Ogólnie jednak zakończenie wypadło najgorzej. Każdy poszedł jak chciał, bez pożegnania, w rozsypce, komuś się spieszyło, ktoś miał z kimś jechać, a nie pojechał. Koko nawet zgubił pierdoloną kurtkę i czuł się z tym zajebiście dobrze, bo wiedział, że będzie mógł się ogrzać autografem Gaimana.
Ogólnie na przyszłość trza znaleźć porządnego fuhrera, który będzie tawaricho w ryzach trzymał.
Popo
Podsumowując, było fajnie, a jedyną osobą, którą mogę winić, że mi się coś nie podobało, jestem ja sam, jako bestia aspołeczna. Do zobaczenia na spotkaniu w Łodzi.
